Wyjazd nad jezioro Babka k/Kruklanek 27.04.2008

Trasa: Giżycko - Sulimy - Nowe Sołdany - Kruklanki - jez. Babka - Kruklanki - Nowe Sołdany - Sulimy - Giżycko

***********************************************************************************

Ten niedzielny dzień przywitał nas niemal bezchmurnym niebem i ciepłym wiosennym słońcem. Pogoda była idealna na krótki wyjazd, który zaplanowaliśmy dosłownie kilka dni wcześniej. Frekwencja była stuprocentowa i kilka minut po dziesiątej ruszyliśmy w drogę naszą 6-osobową grupą w składzie: Kasia, Karina, Dominik, Maciek, Radek i Rafał. Początkowo musieliśmy pokonać miejski etap naszej wycieczki. Całe szczęście nie było zbyt wielkiego ruchu i bez większych problemów dotarliśmy do szosy Obwodowej i skierowaliśmy się na Sulimy. Zaraz po opuszczeniu wioski zrobiliśmy krótki postój. Zrobiło się nam na tyle ciepło, że nieuchronnym stało się zdjęcie wierzchniej warstwy odzienia.
babka babka
Pokonywanie dalszej trasy przebiegało bez znacznych niespodzianek czy nieprzyjemności. Po drodze toczyła się oczywiście nader ożywiona rozmowa, na poziomie jaki przystoi absolwentom naszej prześwietnej placówki oświatowej. Po drodze zrobiliśmy kilka zdjęć, zatrzymywaliśmy się dość często, jednak na tyle rozsądnie, że nie zmarnowaliśmy zbyt wiele czasu. Testowaliśmy różne sposoby siedzenia na rowerze, różne sposoby jazdy, różne formacje. Do Kruklanek dotarliśmy wciąż jeszcze pełni wigoru, w czasie napawającym optymizmem. Ponaglani zewem czekającego już niedaleko źródła dóbr wszelakich i oazy spokoju - Markietu - spłynęliśmy dostojnie ze wzgórza w bojowej formacji luźnej.

Kasia

Karina
Druga wyprawa nad Babkę z dodatkowym sqadem xD Było bosko moi kochani i doskonale o tym wiecie. Miałam pewne obawy ze Wy Wszyscy - biegacze, koszykarze, pływacze, rowerarze - wyprzedzicie mnie i będę zipać na ogonie, aż w końcu o mnie zapomnicie, ale NIE, tak się nie stało. Od tej wyprawy szacuneczek dla Lemana, który mi pomagał, między innymi w ucieczce przed Sir Walaskiem Szalonym i jego Kopią. Moje pedałowanie stawało się czystą formalnością :D Nie można sobie wyobrazić wycieczki bez Marketu (markietu) w Kruklankach i bez lodów :D Dominik pobił nas wszystkich, a za wierność markietowi dostał nawet loda :) No, o zwalonym moście powiedzieli już inni. Jest super, pojedźmy tam i pozjeżdżajmy na linach.
Jeziorko jest takie śliczne, następnym razem trzeba wziąć strój, a nie tylko kiełbachy. Maćku, tylko nas nie upoluj!
Musimy się umówić na następny raz, reflektujecie? :)

Dominik
BABKA wymiata!! To miejsce po raz kolejny (czyt. 2) wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Ale zacznijmy od początku. Pierwsze co mnie spotkało to jeszcze na podwórku Rudej spadł mi łańcuch - optymistycznie się zapowiada :P Na szczęście mój ITALBAJK nie zawiódł a nawet podejmował wyzwania od kostkowokomunijnej SANTOSY Walacha :) Największą radochę sprawił mi zjazd z górki w Kruklankach gdzie z Lemanem osiągnęliśmy 5 prędkość kosmiczną :P i ledwo wyrobiliśmy się na rondzie zmierzając ku markietowi (gdzie w drodze powrotnej wygrałem lodzika ^^) oraz to że zajechaliśmy na Zwalony Most który przy poprzedniej wyprawie (rok wcześniej) opuściliśmy. To jest jedno z najciekawszych miejsc na naszych terenach jakie dotychczas spotkałem..Poza tym wszystkim spotkał mnie zaszczyt bliskiego spotkania z Dzidą Sir Walaska na Dzielnej Santosie i bycia wytrąbionym przez durnych warszawiaków. Wyprawa niesamowicie pozytywna i czekam na kolejne!!

Maciek
Podsumowując w kilku krótkich słowach, muszę przyznać, że nie ma czego żałować. Mój pierwszy udział w wyprawie uważam za bardzo udany, jest co wspominać ;] Pojawiając się jako pierwszy w punkcie zbiorczym, zyskałem niepowtarzalną możliwość przeszkolenia przez Zenona w zakresie użytkowania pompki [się bałem 0.o], oraz otrzymałem kilka cennych uwag ['ale łyse opony. Jak kolano' (się bałem jeszcze bardziej 0.o)]. Zwalony most, od tej pory wchodzi na listę moich ulubionych miejsc świata. Myślę, że należą się podziękowania Kasi, która wyciągnęła nas tam i która właściwie była szefową wycieczki. Mam też ciepłe wspomnienia związane z Markietem, samym jeziorem Babka i oczywiście całą ekipą. Dowiedziałem się, że jezioro mimo tego, że jest dość płytkie ma całkiem niezłą przejrzystość [powiedział mi o tym znajomy nurek, który zresztą spotkał nas kiedy Dominik raczył się drugim pod rząd lodem z Markietu], dlatego zapowiadam się od razu, że następnym razem zabieram ze sobą skafander i kuszę. Czy ktoś reflektuje na przewiezienie w plecaku mojego pasa balastowego? No weźcie.. to tylko jakieś 5-6 kilo.. A niech to szlag. (:P) A Domiś wziął kopią między pośladki, za karę, że nadział mnie na dzidę.
Czekam na sygnał do następnej wyprawy!

Radek
yyy...nooo...hmmm było super.

Rafał
Pierwszy raz wyruszyliśmy w takim składzie i nie było czego żałować. Maciek mimo wcześniejszych wątpliwości odnośnie jego stanu psycho-fizycznego spisał się bardzo dobrze. W końcu, jak sam mówił, jako jeden z nielicznych dopłynął do mety tegorocznego Spływu Twardzieli. O resztę się nawet nie martwiłem. Mieliśmy piękną pogodę, przygrzewające słońce i brak wiatru już od rana napawały mnie optymizmem. Ciekawym elementem naszej wycieczki było wdrapywanie się na zwalony most za Kruklankami. Widać, że wszystkim się to bardzo spodobało. Po dojechaniu do celu naszej podróży nastąpił bardzo pasywny moment, czyli leżenie. Im dłużej leżysz, tym bardziej się rozleniwiasz i nie masz na nic ochoty. Dlatego następnym razem nie będzie można dopuścić do podobnych scen, bo przez to ogólne zniechęcenie nie pojechaliśmy zobaczyć bunkrów. Droga powrotna to obowiązkowy postój w kultowym miejscu Kruklanek, czyli przy markecie. Jeśli tylko jestem w Kruklankach, to zawsze się tam zatrzymuje, bo to miejsce ma swój klimat. Jeszcze w Kruklankach odłączył się od nas George, nawet nie zdążyłem się z nim pożegnać. Tuż przed Giżyckiem musieliśmy uciekać przed don Walachem, który szalał z kopią. Całe szczęście nie zatopił jej w moim ciele. Na całej trasie kierowcy trąbili na nas, jedni słusznie, inni mniej. Cóż, różni są ludzie. Ogólnie oceniam wypad bardzo dobrze i nie mogę się doczekać następnego.